Czas mi ucieka.
Jest mi źle.
W ogóle "źle" to jest bardzo nieadekwatne słowo. Zdrowotnie można powiedzieć, że jest dobrze. Po prostu czuję wewnętrzną chujnię, co nie daje mi spokoju.
Zaczęłam się budzić w nocy. Czyżby stres? Ale od czego? Godzina czasem pierwsza, czasem trzecia. Wstaję, sprawdzam godzinę. Może potrzeba wewnętrzna? Ale po co? Nie chce mi się sikać, nic mnie nie boli, czuję się dobrze.
Nie wiem. Czasem mam po prostu ochotę iść spać i nie wstać. Bez większej przyczyny. Po prostu. Nigdy się nie obudzić.
Wszystko jest dobrze. Nie mam powodów do zmartwień. Kurwa, to się dzieje samo. O czym bym nie pomyślała, mam wrażenie, że wszystko zaraz się spieprzy runie i będzie jeden wielki kał.
Już jest.
W szkole nie idzie mi też jakoś wybitnie. A najbardziej irytuje mnie polski, który sprawia, że czuję się beznadziejna. Że jako jedyna nie potrafię. Że jestem gorsza. A wszyscy umieją powiedzieć, że "matura to bzdura".
Dobrze, że to słyszeć od kogoś, kto już ją zdał. Szkoda, że to jeszcze przede mną. Dlatego te uwagi uważam za bezcelowe. Głupie "zdasz", "nie pierdol", "będzie dobrze". Nie chcę tego słyszeć, nie chcę tego czytać. To są puste słowa, które mnie ani nie motywują, ani nie pocieszają. Tylko jeszcze bardziej do mnie dociera, że jak jeszcze nikt nie spieprzył, to ktoś musi być pierwszy. A nuż będę to ja.
"Oho, stresik łapie"
Tylko mnie? Interesujące.
I już nie chodzi o to. Bo jeszcze czasu w cholerę. Tylko czuję się jak jebane gówno, które nic nie potrafi. Do którego nic nie dociera. Nawet nie potrafię się już wysłowić, myślę nad jednym słowem: "o co mi kurwa chodziło?".
Nic mnie nie cieszy. Ryczeć mi się chce.
A że się za często rozklejam to następna sprawa.
W szkole nie idzie mi też jakoś wybitnie. A najbardziej irytuje mnie polski, który sprawia, że czuję się beznadziejna. Że jako jedyna nie potrafię. Że jestem gorsza. A wszyscy umieją powiedzieć, że "matura to bzdura".
Dobrze, że to słyszeć od kogoś, kto już ją zdał. Szkoda, że to jeszcze przede mną. Dlatego te uwagi uważam za bezcelowe. Głupie "zdasz", "nie pierdol", "będzie dobrze". Nie chcę tego słyszeć, nie chcę tego czytać. To są puste słowa, które mnie ani nie motywują, ani nie pocieszają. Tylko jeszcze bardziej do mnie dociera, że jak jeszcze nikt nie spieprzył, to ktoś musi być pierwszy. A nuż będę to ja.
"Oho, stresik łapie"
Tylko mnie? Interesujące.
I już nie chodzi o to. Bo jeszcze czasu w cholerę. Tylko czuję się jak jebane gówno, które nic nie potrafi. Do którego nic nie dociera. Nawet nie potrafię się już wysłowić, myślę nad jednym słowem: "o co mi kurwa chodziło?".
Nic mnie nie cieszy. Ryczeć mi się chce.
A że się za często rozklejam to następna sprawa.
