niedziela, 28 lutego 2016

Uczyłam się cały tydzień. Dzięki tej nauce gówno osiągnęłam. Oczywiście cały czas myślę o maturze, przytyłam i mam obgryzione paznokcie.
Podobno takie stresy są normalne, ale raczej tylko ja się tak nakręcam. Przecież jeszcze 2 miesiące.


TYLKO 2! BOŻE. A JA Z MATERIAŁEM Z INFORMATYKI JESTEM W WĄSKIEJ DUPIE. DŻIZUSSSSSSSSSSSSSSSSSSSSS


Nie mam życia, nie mam hobby, wiedzy też nie mam.
Zaraz się chyba rozpłaczę.

wtorek, 23 lutego 2016

Wiesz jak wygląda widmo liniowe? Właśnie tak czasami wygląda moja pamięć. A spowodowane jest chyba nerwicą natręctw, na którą cierpię (ale i tak każdy stwierdzi, że mnie pojebało i jestem całkowicie normalna).
Chociażby kiedy robię jakąś czynność z przyzwyczajenia, nie zwracam na nią za bardzo uwagi. Ot, przykładowo, zamykanie drzwi. Jeśli nie widzę lub nie zwrócę uwagi - mam przeczucie, że tego nie zrobiłam. I jadę do szkoły z myślą, że mnie ktoś okradnie. Spali dom.
Albo jeśli zrobię coś dobrze lub specjalnie się nad tym nie zastanawiam - wymyślę sobie coś. Tak z dupy. Powód do rozpaczy. I po pewnym czasie sama zaczynam w to wierzyć. To nie jest normalne.

W ogóle mam wrażenie, że powinnam się leczyć. Niekoniecznie wpieprzać lekarstwa za miliony, ale przynajmniej rozpocząć jakąś terapię. Na pewno nie jestem normalna.

Najłatwiej powiedzieć: spierdolenie umysłowe. Albo wez, przecież ci nic nie jest, sama wymyślasz sobie coś, potem w to wierzysz (bla bla bla) i dziwić się, że masz ze sobą problem.

Zawsze z problemami tego typu radziłam sobie sama. A przynajmniej tak mi się zdawało. Moc, którą pokonywałam wrogów tych mniejszych i większych, prawdziwych i tych mentalnych, zaczęła przeradzać się w nienawiść. Nie żeby mi to przeszkadzało - ale nie wiem, czy z czasem się ogarnę na tyle, żeby powstrzymać się przed czymś, czego mogę potem długo żałować.

sobota, 30 stycznia 2016

Czas mi ucieka.
Jest mi źle.


W ogóle "źle" to jest bardzo nieadekwatne słowo. Zdrowotnie można powiedzieć, że jest dobrze.  Po prostu czuję wewnętrzną chujnię, co nie daje mi spokoju.

Zaczęłam się budzić w nocy. Czyżby stres? Ale od czego? Godzina czasem pierwsza, czasem trzecia. Wstaję, sprawdzam godzinę. Może potrzeba wewnętrzna? Ale po co? Nie chce mi się sikać, nic mnie nie boli, czuję się dobrze.
Nie wiem. Czasem mam po prostu ochotę iść spać i nie wstać. Bez większej przyczyny. Po prostu. Nigdy się nie obudzić.
Wszystko jest dobrze. Nie mam powodów do zmartwień. Kurwa, to się dzieje samo. O czym bym nie pomyślała, mam wrażenie, że wszystko zaraz się spieprzy runie i będzie jeden wielki kał.

Już jest.

W szkole nie idzie mi też jakoś wybitnie. A najbardziej irytuje mnie polski, który sprawia, że czuję się beznadziejna. Że jako jedyna nie potrafię. Że jestem gorsza. A wszyscy umieją powiedzieć, że "matura to bzdura".
Dobrze, że to słyszeć od kogoś, kto już ją zdał. Szkoda, że to jeszcze przede mną. Dlatego te uwagi uważam za bezcelowe. Głupie "zdasz", "nie pierdol", "będzie dobrze". Nie chcę tego słyszeć, nie chcę tego czytać. To są puste słowa, które mnie ani nie motywują, ani nie pocieszają. Tylko jeszcze bardziej do mnie dociera, że jak jeszcze nikt nie spieprzył, to ktoś musi być pierwszy. A nuż będę to ja.

"Oho, stresik łapie"
Tylko mnie? Interesujące.

I już nie chodzi o to. Bo jeszcze czasu w cholerę. Tylko czuję się jak jebane gówno, które nic nie potrafi. Do którego nic nie dociera. Nawet nie potrafię się już wysłowić, myślę nad jednym słowem: "o co mi kurwa chodziło?".
Nic mnie nie cieszy. Ryczeć mi się chce.

A że się za często rozklejam to następna sprawa.